Waligórzanki, żeńska fauna,
jak łoskot beczek nagie.
Gnieżdżą się w stratowanych łożach,
śpią z otwartymi do piania ustami.
Źrenice ich uciekły w głąb
i penetrują do wnętrza gruczołów,
z których się drożdże sączą w krew.
Córy baroku. Tyje ciasto w dzieży,
parują łąźnie, rumienią się wina,
cwałują niebem prosięta obłoków,
rżą trąby na fizyczny alarm.
O rozdynione, o nadmierne
i podwojone odrzuceniem szaty,
i portojone gwałtownością pozy
tłuste dania miłosne!
Ich chude siostry wstały wcześniej,
zanim się rozwidniło na obrazie.
I nikt nie widział, jak gęsiego szły
po nie zamalowanej stronie płótna.
Wygnanki stylu. Żebra przeliczone
ptasia natura stóp i dłoni.
Na sterczących łopatkach próbują ulecieć.
Trzynasty wiek dałby im złote tło,
Dwudziesty - dałby ekran srebrny.
Ten siedemnasty nic dla płaskich nie ma.
Albowiem nawet niebo jest wypukłe,
wypukli aniołowie i wypukły bóg -
Febus wąsaty, który na spoconym
rumaku wjeżdża do wrzącej alkowy.
Nigdy nie czułam obrzydzenia do osób grubych. Ba, kształtne kobiety uważam za piękne. Tylko nie ja. Nie lubię swoich szerokich bioder, wielkiego tyłka i masywnych ud. Dlatego chcę schudnąć, być motylkiem - w głębi siebie jestem delikatną dziewczyną. I na taką chcę wyglądać. Dziewczęco, nie kobieco. Chcę nosić śliczne sukienki z kołnierzykami i nie wyglądać przy tym jak baleron ściśnięty sznurkiem.
Przy wzroście około 166 centymetrów ważę 58 kilo - pierwszy kilogram już za mną. Tragedii właściwie nie ma, ale to nie ja. Moim celem jest 50 kilogramów. Piękna, symetryczna i harmonijna liczba.
Od jutra zaczynam 30 dni z Skinny Girl Diet, którą już lekko liznęłam. 400 kalorii. Najważniejsze to rozdać połowę jedzenia, które mama spakuje mi do szkoły i nie przesadzić z obiadem. Poza tym woda, sałata i jeszcze raz woda.
Trzymajcie za mnie kciuki!